Modlitwa grzesznika

Czasem tak już jest, że Pan Bóg przemawia do nas w miejscach i na sposób który znajduje się totalnie poza orbitą naszych oczekiwań. Tak też było ze mną w ostatnią sobotę… Byłem na Umiłowanych – kolejnym wielkim wielbieniu, tym razem na Tauron Arenie w Krakowie. (Jakby ktoś o tym nie słyszał: zajrzyj TUTAJ.) Nie będzie to sprawozdanie. Chcę napisać kilka słów o niezmiernie ważnej części mojego życia. O modlitwie uwielbienia.

Kiedy patrzę wstecz, na historię swojego życia to do głowy przychodzą mi tylko takie słowa: Panie Boże, ale Ty jesteś cierpliwy!

Tak właśnie uważam, gdy widzę te wszystkie drogi którymi On ze mną szedł i jak powoli, krok po kroku i kropla po kropli rozwalał kamień jaki sam sobie zbudowałem w miejscu serca. I wciąż, nieustannie z taką samą Miłością to robi.

Wiesz co jest w tym wszystkim najciekawsze? Że zacząłem uwielbiać nie wtedy, gdy wszystko było w porządku a moja „religijna formacja” parła do przodu z prędkością pendolino, nie wtedy gdy byłem powszechnie kojarzony ze słowami „katolik” itd. Było wręcz odwrotnie…

Tak naprawdę zacząłem uwielbiać Boga wtedy, gdy doświadczyłem dna i bagna własnego grzechu, gdy było mi źle z samym sobą, gdy z pełną odpowiedzialnością mogłem powiedzieć: „Już nie jestem godzien nazywać się Twoim synem…” Właśnie wtedy Go spotkałem. Żywego Ojca który chce wejść ze mną w osobistą relację. Przyszedł do mnie tak cichy i kochający, w sakramencie pokuty i pojednania, że na własnej skórze  mogłem poczuć słowa: „Bóg jest Miłością”. Bo uwielbienie to modlitwa grzesznika, któremu przebaczono.

Zacząłem uwielbiać Go nie wtedy, gdy wydawało mi się że jestem już tak dojrzały i wierzący że sama moja obecność powinna nawracać wszystkich dookoła, ale w momencie gdy pozwoliłem sobie na totalną zależność, na konkretne oddanie życia w Jego ręce. Bo uwielbienie to dziecięca modlitwa zależności od kochającego Ojca.

Nie zacząłem Go uwielbiać wtedy, gdy realizowałem swoje pasje, sukces przychodził za sukcesem, miałem jakąś swoją własną namiastkę popularności, mnóstwo różnych hobby i grono pozornie oddanych przyjaciół. Znów było zupełnie odwrotnie. Uwielbienie przyszło właśnie w głębi samotności, w tym jednym konkretnym momencie gdzie zdajesz sobie sprawę z tego, że bez Niego po prostu jesteś martwy. Bo uwielbienie to stwierdzenie że jedyny sens mojego istnienia jest w Bogu.

Uwielbienie przychodzi wtedy gdy zdajesz sobie sprawę że Boża Łaska to nie respirator podtrzymujący biologiczne funkcje w martwym człowieku, ale to nowe serce, nowe życie, to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym.

Tak więc uwielbiaj, ile tylko możesz. A nawet jeśli nie możesz, to uwielbiaj.

Modlę się o dobro dla Ciebie

Paweł

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: