Terapia w drodze

Podczas zeszłorocznych wakacji miałem okazję przeżyć jedną z lepszych i dla mnie osobiście otwierających  przygód mojego życia. Razem z moimi współbraćmi, wybraliśmy się z polskiego Beskidu przez Słowację (Koszyce) aż do Debreczyna na Węgrzech. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego ani jakoś szczególnie fascynującego gdyby nie fakt, że ja i Bartek – brat z mojego nowicjatu, przejechaliśmy tą trasę autostopem. Tak, wiem, na mapie ta odległość wcale nie robi jakiegoś ogromnego wrażenia (trochę ponad 300 km). Ale dla mnie samego cała ta podróż była doświadczeniem którego nie zapomnę na długo i które wiele mnie nauczyło. Niedawno przeglądałem nasze wspólne zdjęcia i nagrania z tamtej wyprawy, stąd też ten wpis.

Czego nauczyła mnie ta droga? Przede wszystkim tego, że nie wszystko tutaj na tym świecie zależy ode mnie, że nie jestem wszechmocny i zdecydowanie to nie ja stoję w centrum. Te wszystkie momenty kiedy staliśmy z wyciągniętymi w górę kciukami gdzieś na drodze w samym środku węgierskiego stepu przy palącym słońcu i samochodach przejeżdżających z częstotliwością jeden na pół godziny, wystarczająco dobitnie pokazały mi że najwyższy już czas przestać tak kurczowo ściskać w dłoniach swoje życie i pozwolić Bogu być naprawdę Bogiem w moim życiu

Wieczność jest za nami już, wieczność jest przed nami tuż Mamy tylko chwilę pomiędzy wiecznościami tu Czas ucieka nam, przysypują nas śmieci To co ważne zostaje – reszta na śmietnik (Luxtorpeda „Mambałaga”)

Po drugie: Doświadczenie tej podróży zwyczajnie „wypracowało” we mnie poczucie wdzięczności, za każdy, nawet najdrobniejszy gest empatii i pomocy jakiego doświadczyliśmy przez te dwa dni jazdy. Do dziś mam przed oczami większość twarzy, wszystkich tych ludzi którzy byli w stanie nas podwieźć, czasem na krótkim dystansie ale liczyło się serce z jakim do nas podeszli. Gyorgi (nie wiem czy dobrze zapamiętałem imię) który zabrał nas z przedmieść Koszyc i zawiózł aż na Węgry, Maria Salome która w samo południe zabrała nas z jakiegoś rozpadającego się przystanku na przedmieściach Preszowa, dwójkę paralotniarzy, którzy zabrali nas, przemoczonych w deszczu gdzieś z trasy i zawieźli aż do samego Debreczyna. Kilka tych małżeństw które zabierały nas jadąc w jakichś sprawach, mnóstwo ludzi, historii, osób, tych wierzących i podających się za ateistów, choć we wspólnej podróży i przy okazanej dobroci jakoś te wszystkie szufladki i kategorie dziwnie zanikały…

I po trzecie: Nauczyłem się że to nie zawsze ja muszę mieć rację, że czasem lepiej ustąpić, że liczy się spotkanie i doświadczenie a nie uzyskanie od razu zamierzonego efektu. Bywały chwile ciszy, wspólnej modlitwy czy rozmowy. Całe spektrum życia i relacji „w pigułce”. Zdecydowanie zakochałem się w autostopie i nie raz pewnie jeszcze będę stawał na drodze i wyciągał kciuk do góry. Bo to podróż nie tylko do określonego celu, ale co ważniejsze, podróż w głąb siebie. Więc do zobaczenia gdzieś na trasie!

Paweł

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: